piątek, 28 lutego 2014

Zamęt zapanował w przyrodzie.....



Navin
z Indianska "nowy" mili panstwo
Wygnany Indianin/ Złodziej usprawiedliwiający się wymianami/ za złoty zegarek - ziarno/ za buty - pióro/ potrafi spaść z konia w najgorszym momencie/ za przyjaciela dzielny kowboj/ za ukochaną arystokratka/ za miejsce pobytu dumna Ameryka/ historia ta sama, inna oprawa/ zawsze inny/ zawsze szalony/ przeklęty nieprzewidywalnością/ przeklęty egoizmem/ przeklęty pytaniem: Dlaczego się zakochałem?


Egoizm i miłość są wybuchową mieszanką. Miłość słusznie kieruje tobą ku tej jedynej i ku przyjacielowi, egoizm niesłusznie kieruje cię ku zaspokojeniu własnego pragnienia u jej boku. Kolejny raz wygrywa egoizm, gdy mijasz postrzelonego przyjaciela, którego pierś przeszywają kolejne pociski i pędzisz do niej. Nie docierasz jednak i tym razem, bo pijany, przeklęty, biały rozbija ci czaszkę o kamień.

POWRÓT

Ludzie płaczą nie dlatego, że są słabi, płaczą, bo byli silni zbyt długo.


Don Juan deSilva
Młoda Hiszpanka - pani psycholog - siada za swoim biurkiem i przygryzając długopis, myśli.
- Przecież nie napiszę, że mój pacjent, kochanek - oblizuje wargi - nie ma szans na ozdrowienie i jest psychicznie chory...
Wzdycha jeszcze ciężko i zaczyna pisać.
"Już całkowicie panuje nad emocjami"
- Tak naprawdę szlocha mi w ramię - szepce.
"Stabilny, panuje nad sobą i swoimi odruchami. Zanik rozdwojenia jaźni"
- Ach te jego rozmowy z samym sobą....
" Dba o wszystkich i wszystko. Ma wsparcie w przyjacielu. Postanowił wrócić do rodziny i wieść prawe życie"
- Mój arystokrata dezerter - uśmiecha się pod nosem - Mój złodziej. Cóż... Dla jego dobra kłamię, więc to chyba nie jest grzech?
" Gotów się ustatkować i wieść prawe życie z jedną kobietą. Nie ucieka przed problemami, lecz je rozwiązuje. Silny psychicznie i odporny na bodźce zewnętrzne"
Łza wpływa na policzek kobiety. Odruchowo odkłada na bok długopis. Przypomina sobie poranek, gdy ustalili, że rozstają się dla swojego dobra. On ją kochał i ona to wiedziała. Czuła przecież jego słone łzy, które ronił myśląc, że ona śpi. Pamiętała ten jego błędny wzrok, gdy ostatni raz wychodziła z jego mieszkania.
Pani psycholog podchodzi do okna i wzdycha. Musi jakoś usprawiedliwić jego opuszczenie szpitala. Jeszcze nie wie, że zaraz zadzwoni telefon, by poinformować ją o śmierci dwóch mężczyzn - Juana i jego przyjaciela, którzy zginęli nieopodal jej domu. Nie wie, że jej kochanek bezlitośnie minął konającego przyjaciela. Jak wiele to jej ułatwi i jak wiele utrudni.

POWRÓT

Do dna kamraci jo ho!

John Smith
lub Smithy, jak wolicie

"Bierz ile się da i nie dawaj nic w zamian"


Zapity pirat z banalnym nazwiskiem. Jednak wolał być nazywany sparrow - wróbelek. Co znacznie bardziej do niego pasowało. Od zawsze nieprzewidywalny i nie banalny. Zakochany we wszystkim co się świeci. Bez wyrzeczeń, bez obowiązku. Z mottem życiowym pod jedną pachą i opasłą butelka rumu pod drugą. Dla każdej z pań jeden słodki pocałunek. Wierny okręt u brzegu Francji, ojczyzny nieukochanej. Cały świat przetrzęsiony, a nieśmiertelności za żadne chiny znaleźć nie mógł. Ukochane przebieranki i podszywanie się pod duchownych, sędziów i innych możnych. O ułaskawieniu nie ma co marzyć. Wszędzie za jego główkę dostało by się sporą sumkę


"Skarb to nie tylko złoto i srebro przyjacielu"


No i bęc. Jednak ktoś próbuje wymusić zobowiązanie. Imię jego jest przyjaciel. Chodź ten pirat potrafi wypierać się tego godzinami. Jednakże równie wiele godzin potrafi spędzać w jego towarzystwie nad butelką i kontemplując nad sensem egzystencji. John nigdy nie był łatwy do rozgryzienia, ale Sansowi się to udało. Umiał przewidzieć po części, co John zamierza i ku czemu dąży. Jednak nigdy nie spodziewał się okrucieństwa jakie Smith okazał mu w dniu śmierci. Czego jednak spodziewać się po piracie. Wszak każdy jeden z nich to egoista. Czemu John miał być inny? Bo współczuje? Bo jest przyjacielski? Bo pomaga, chodź nie zawsze do końca jest mu to na rękę? Bo nie zabił Sansa, gdy była ku temu okazja? 

" Tak. Zgubą mężczyzny jest kobieta"



Może to rzeczywiście przez nią, a może to tylko szukanie winnych. W każdym bądź razie John rozumiał doskonale, że ona skradła mu serce. Nie obchodziło go kim była, nie wnikał w to. Pojawiła się nagle i nie zniknęła. Ale on przecież był piratem i nie mógł się ZAKOCHAĆ! Miał zdobywać, którą chciał i porzucać, a jej serca nie chciał łamać. Wiedział, wiedział doskonale, że kocha, ale uciekł. Nie był w stanie złamać wszystkich swoich postanowień życiowych dla jednej kobiety, chodź chciał. Walczył długo, ale w końcu uciekł. Kochał i cierpiał bez niej. Jego serce krwawiło w samotności, na inne już nie umiał patrzeć. Liczyły się tylko pocałunki tamtej, tylko tamtej dotyk. Czy to go zgubiło? To, że miłość była sprzeczna z szaleństwem, egoizmem, gromadzeniem świecidełek i wolnością na morzu. To, że to uczucie nie pochwalało rozbojów, mordów i łamania wszelkich praw? Jak mógł się zakochać.....


"Więc nawet on nie uciekł przed śmiercią. Kapitan poszedł na dno ze statkiem"



 Zawrócił. Do przyjaciela, do ukochanej. Po sztormach, burzach i innych nieprzychylnościach. Przedzierał się przez miasto, by odnaleźć tą jedną kobietę. Nie zważał na żołnierzy, którzy widocznie dawno musieli oślepnąć. Coś go zatrzymało, coś zmusiło go, by zwolnił. W tej chwili Sands był najmniej pożądanym przez Johna widokiem. Zwłaszcza takim widokiem. Jego przyjaciel krwawił. Leżał na drodze i krwawił. Pierwszy lepszy powóz mógł go staranować i zabić. Końskie kopyta nie były pociesznym obrazem w ostatnich sekundach życia. John nie miał czasu na przyjaciela. Wymienili się tylko spojrzeniami i Smith pobiegł dalej. Chwilę potem usłyszał krzyk i rżenie. Nawet się nie obejrzał. Widział już dom ukochanej. Widział ją siedzącą w oknie. Już krzyczał jej imię.... Wtem poczuł straszliwe zimno w piersi. Wpadł na kolana. Żołnierze jednak nie byli ślepi, a jego serce przebiła kula. Zdążył tylko unieść wzrok na okno tej jedynej, która obserwowała scenę z góry.




Całe życie błądzimy, szukając odpowiedniego kierunku....



Najlepszym przyjacielem [...] pisarza jest jego wyobraźnia, a najgorszym wrogiem.....jego wyobraźnia.

Jack Christopher Rainey
Jack - matka spodziewająca się dziewczynki, wymyślała mu imię na szybko
Christopher -drugię imie wybierane na spokojnie, po dziadku, ojcu ojca Jack'a
Rainey -nazwisko przyzwoite jak na syna Amerykanina przystało

Wbrew wszystkiemu urodził się na Martynice, wysepce na morzu Karaibskim. Rodzice zorganizowali sobie tam letni domek i zapomnieli, że na ich wyjazd przypada data porodu. Gdy mały Rainey przybył na świat z krzykiem, postanowili te pierwsze lata spędzić na wyspie. To też Jack doskonale włada francuskim, który jest tam językiem urzędowym. Gdy miał 10 lat całą rodziną przenieśli się do Nowego Yorku.



Państwo Rainey są generalnie bogatą rodziną i Jack mógłby się pławić w rodowych kosztownościach do umarłego, ale jemu to nie wystarczało. Naturalnie ubóstwia świecidełka i wszystko, co drogie, ale musi sam to zdobyć. Mógłby też zdobywać je z łatwością zatrudniając się w jakimś biurze i powołując na nazwisko. Jednak życie podane na złotej tacy mu nie smakowało. Uciekł od rodziców zabrawszy tylko trochę drobnych na butelkę wody. Tak zaczęła się jego prawdziwa przygoda, ta którą on nazywa życiem. 


Z łatwością znalazł mieszkanie. Podlizał się właścicielce i obiecał spłacić jak tylko znajdzie pracę. Tak zaczął czary przed kobietami. Termin zapłaty się wydłużał, a on chodził bez pracy w podartych dżinsach. Jednak nikt go nie wygonił.



W ten sam sposób co mieszkanie znalazł pracę. Dyrektorem wydawnictwa była oczywiście kobieta. Napisał swoją pierwszą powieść. O wyklętym przez plemię Indianinie. Wieczorami męczyła go wena, a on nie mógł zrozumieć skąd bierze te dziwne pomysły.

 Aktualnie jest w trakcie pisania kolejnej swojej powieści. Ta intryguje go jeszcze bardziej, bo nigdy nie podejrzewałby siebie o napisanie romansu. Dlatego często odchodzi od komputera i by pozbierać myśli gra na pianinie, gitarze lub jeszcze czymś innym. Wtedy także się dziwi skąd w nim te pokłady romantyzmu. Jednak by nie zrobić mu fałszywej reputacji dodam, że to tylko krótkie chwile.





Zyskał popularność wśród moli książkowych, ale to go nie fascynuje. On woli życie na krawędzi, dlatego co dziennie wychodzi w miasto i... od tak łamie prawo. Kradnie, wywołuje wypadki i różne inne bzdury, które są mu akurat na rękę.

Dlatego ten przykładny pisarz, a zarazem utrapienie stróży prawa jest jednym, wielkim znakiem zapytania.

??????????????????????????????






Robi wszystko co może, by przeciągnąć szalę na tę złą stronę. Pali, pije, flirtuje i wplątuje się w kilka związków na raz. Jednak media uparcie, jak na złość, wychwalają jego dobre imię. Co z tego, że widzą go na ulicy z butelką Whiskey w ręce? Nie zrobią zdjęcia, nie....

Jednak jeśli pomoże złapać złodzieja torebki, to zdjęć są tony. Natychmiast aparaty się psują, gdy proponuje damie, która odzyskała torebkę wino. Zostawią już bohatera z uratowaną i rozejdą się w swoje strony, nie pytając jak się to skończyło.










On nawet nie ubiera się elegancko. Woli wygodne, ale nie modne rzeczy. Jednak to nikogo nie interesuje. Co z tego, że on chce uciec. Przeżyć przygodę jakich mało, gdy wszyscy mają go za bohatera.







Żeby też nie było, on nie jest zły. Jest egoistą, to prawda, jest nieprzewidywalny, zdradliwy i temu podobne. Ale przecież nie da się utrzymać dobrego imienia złego człowieka. Potrafi być pomocny, miły, romantyczny. Oczaruje swym dowcipem i rozchmurzy uśmiechem. Zza tych, często kolorowych szkieł, zerkają wesołe oczy, pełne życia. Może to nawet dzięki tym szkłom widzą świat inaczej, pozytywniej. Dlatego lubi siedzieć godzinami w teatrze i zobaczyć wyobrażenia ludzi równie co on pokręconych. Gra aktorska go fascynuje.








Jest z niego szajbus jakich mało. Ma zupełnie inne wyobrażenie świata, dąży do innych celów i ogranicza się, myśląc że to daje mu wolność. Mówi wszem i wobec, że się nie zobowiązuje, nie wiąże i że nigdy się nie zakocha, nie znajdzie przyjaciela. Twierdzi, że jest samotnikiem z wyboru, co jest kompletną bzdurą. Jest zawsze w środku zgromadzenia, jest towarzyski i otwarty. I jak tu mówić o samotności?







Co z tego, że inny? Ludziom się ta inność podoba. Tak ma być. Chodź Jack tego nie chce. I pewnie kiedyś ucieknie. Może na Martynikę? Odnajdzie swój stary dom i zawładnie swoją małą ojczyzną. Nim to się jednak stanie zostanie poddany próbie.










Czy zdoła udowodnić, że jest zły? Niepoprawny?
Czy sam siebie przekona, że jest dobry? Że umie się ustatkować i oddać innej osobie?

Przeżyje, czy zginie?












Ja poznam człowieka po dłoniach.
Moje są lepkie i stworzone do trzymania broni.
Nie są to ręce delikatnego, ukochanego.
Są to ręce bezwzględnego i wykorzystującego innych zbrodniarza.







POWRÓT










BIERZ ILE SIE DA I NIE DAWAJ NIC W ZAMIAN

Zawsze bądź sobą, chyba że możesz być piratem. Wtedy bądź piratem.

Przyjaciel vs ukochana.

Poświęcić się za człowieka, którego nazywają naszym przyjacielem, czy zostawić i biec do kobiety, którą my zwiemy ukochaną. Za wybranie drugiej opcji również czeka nas śmierć. Wiec gdzie tu logika? 

XVIII wiek II połowa

Miejscem pobytu cały świat. Wiatr dmie w żagle i nie ma lądów nie do zdobycia.



XIX  wiek II połowa

Ameryko. Okrutna dla Czerwonoskórych, przyjazna dla białych najeźdźców i zbrodniarzy.



XX wiek I połowa

Psychopatyczna Hiszpania. I płacz. Płacz wszędzie.



piątek, 21 lutego 2014

Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze.


Euphrasia ok. 50 rok naszej ery

Drakon

To był moment. W jednej chwili patrzyłam, jak ćwiczysz z naszym synem walkę na drewniane miecze, a w drugiej trzymałeś w swojej dłoni ten prawdziwy. Pamiętasz, jak uparcie tłumaczyłeś mi, że wywalczysz nam wolność? Że nie będę się musiała wstydzić mojej wiary? Że dasz nam pokój?  Każdego dnia od twojego wyjazdu modliłam się do Boga, byś wrócił i ponownie mnie przytulił. Nocami miałam przed oczami widok, jak po raz ostatni przytulasz naszego syna i prosisz by się mną opiekował. Udawałam, że nie widzę, jak z trudem hamujesz łzy. Nawet, jeśli kiedyś miałam jakiekolwiek wątpliwości, to w tym momencie wiedziałam to na pewno. Kochałam cię. Nawet wtedy, gdy przed moim domem stanął rzymski legion, który z łatwością wyciągnął mnie z domu. Już wtedy wiedziałam, że poniosłeś klęskę, ze zginąłeś tam daleko. Z dala od ludzi, którzy cię kochali, z dala od bogów jakich wyznawałeś. Razem z tłumem wdów szłam w stronę Rzymu i słuchałam, jak owe kobiety w duchu przeklinały swych mężów, że odebrali im ich wolność. Ja nigdy tego nie zrobiłam. Bo choć przegrałeś, to utraciłeś życie dla mnie i naszego syna.

Akiakos

Wiesz, że wciąż to pamiętam? Ten ryk tłumu, gdy pojawiłeś się na arenie. Mały, bezbronny i przerażony. Słyszałam, jak krzyczałeś moje imię, jak wołałeś naszego Boga, gdy lwy powoli zmierzały w twoim kierunku. Nie byłeś sam, wokół ciebie było kilkadziesiąt dzieci. Wszystkie były równie przerażone, jakby wiedziały, że czeka je śmierć.
Ja również nie byłam sama. Stałam przy kratach próbując rozerwać je własnymi rękoma z pomocą innych kobiet. W tamtej chwili nie widziałam różnic między nami. Kolor włosów, rysy twarzy, czy narodowość to wszystko zmieniało się w plamę rozpaczy, jaka nas wtedy ogarnęła. Nawet, gdy rycerze odgrodzili nas od tego widoku potrafiłyśmy z nimi walczyć bez użycia jakiejkolwiek broni.
Nie zdążyłam. Nie umiałam cie obronić przed stworzeniem, które złamało twoje ciałko jednym kłapnięciem paszczy. Nawet krzyk rozpaczających matek nie zaspokoił tłumu, który wrzeszczał z uciechy nad twoim ciałem.  Jedyną moją pociechą było rozgrzane do czerwoności krzesło, na którym moje ciało miało powoli płonąć. Usiadłam na nim z uniesioną głową nie patrząc na cesarza, nie patrząc na ludność Rzymu, która głośnymi okrzykami domagała się mojej śmierci. Patrzyłam w czarne oczy mężczyzny, który bez mrugnięcia okiem wpuścił ciebie na arenę.

-Masz na rękach krew nas wszystkich, oby twoi bogowie ci to wybaczyli i ochronili przed moim – powiedziałam i krzyknęłam z bólu czując na swoim ciele ogień.

niedziela, 2 lutego 2014

Powiązania- dziś




Jarome Franck
1988, Nowy Jork

Ten, kto powiedział, że posiadanie starszego brata ma sporo zalet, musiał być jedynakiem.
Starsi bracia to trochę błaźni, a trochę rycerze, którzy powinni stać na straży szczęścia swoich młodszych sióstr. Zamiast tego, są najpewniej najczęstszą statystyczną przyczyną ich nieszczęścia. 
Jarome był. I to bycie było najwspanialszą i najgorszą rzeczą, jaka mogła przydarzyć się Mathilde.
Do Nowego Jorku przyjechali razem, w pogoni za jego marzeniami, żeby mógł ukończyć  Fashion Institute of Technology. Zresztą dotrwał nawet do dyplomu, by pewnego dnia rzucić wszystko.
Śmiałe wizje zmieniły się w niepokojące i osobliwe projekty.
Bezradna obserwowała jak Jarome stacza się na dno wraz z własnymi demonami.
Aż pewnego dnia wyszedł. Wyszedł i nie wrócił.
Czeka już rok, na każdy dzwonek zrywa się z nadzieją, że za drzwiami zobaczy właśnie jego.
Wróci, lub złączy się z nim w swoim szaleństwie, to jedyne co jej pozostało.

Richard Corel
1987, Nowy Jork

I co z tego, że synowie biznesmenów nie ubierają się w sieciówkach? Co z tego, że swoim narzeczonym kupują suknie u projektantów. Od czasu do czasu można przecież popatrzeć na ciuchy dla pospólstwa. 
Nikt nie może przecież wykluczyć roli przeznaczenia, które skłoniło go wówczas do zjawienia się w jednym z nowojorskich H&M'ów. Od tamtego czasu ta śmiesznie nieporadna sprzedawczyni, której wszystko leci z rąk chodzi mu po głowie. Nie dlatego, że wyróżniała się urodą, ale to nieznośne przeczucie, że gdzieś już ją widział nie daje mu spokoju.
Nie wierzy w przypadek, przypadek nie rządzi biznesem, a on musi przejąć firmę ojca. W świecie interesów nie ma miejsca na koincydencje, a szczęście jest przecież tylko wartością względną.



Joseph Collins
1986, Nowy Jork

Plany poszły na marne. Wszystkie. Te o spokojnym życiu bez większych uniesień. O kobietach, które będzie można zapraszać do mieszkania po piątkowym piwie w pubie. O robocie bez wymagań i bez studiów. 
Najpierw poznaje mężczyznę. Byle jaki typek, z którym w normalnych warunkach nie znalazłby wspólnego języka. Ot, delikwent ze smykałką do tworzenia damskich fatałaszków, śmiech na sali. Ale coś każe im się zaprzyjaźnić. Chodzić razem do niemodnych knajp i rozmawiać na abstrakcyjne tematy. 
Później poznaje kobietę. Jego siostrę. Przecież nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, ale już wie, że zrobi dla niej wszystko. Gdy jej brat znika, on wpada co raz częściej. I ta złowieszcza myśl, żeby się już nie odnalazł, chodzi mu po głowie. Dobrze by było mieć ją na własność, nie dzielić z nikim innym. Czy to zbyt wielkie żądanie? 




sobota, 1 lutego 2014

I

 
Axommama, 1533-1563r.

Miała siedemnaście lat, gdy jej życie zamieniło się w piekło. Mąż zginął w kopalni, Hiszpanie spalili jej wioskę i zamordowali większość mężczyzn. Jej ojciec był kurakiem, mieszkała tu od zawsze. Tylko dzięki lepszej znajomości okolicznych terenów zdołała zbiec wraz z trójką rodzeństwa w odpowiednim momencie. Ukryła się w skalnych jaskiniach, które do tej pory kojarzyła jedynie jako dziecięce miejsce zabaw.
Problem stanowiło jedzenie – plony, które wcześniej zebrali na żniwach, zostały w spichlerzach. Zdołała zabrać ze sobą płat suszonego mięsa, jednak starczyło im zaledwie na tydzień, a niewielkie racje żywieniowe nie nasyciły w żadnym stopniu ich głodu. Wtedy jej mały, siedmioletni braciszek spróbował podkraść się do hiszpańskiego obozu pod jej nieuwagę. Został złapany – na szczęście przez odpowiedniego człowieka.
Początkowo nie ufała mężczyźnie, który zaczął regularnie przynosić im jedzenie, najmłodsi bracia byli jednak rozradowani i tylko najstarszy z trójki podzielał jej sceptyzm. Z czasem pokonała niechęć, przemogła się i nawet spędziła z nim trochę czasu na nieudolnych próbach kontaktu. On nie potrafił wymówić jej imienia, ona jego, co zaowocowało śmiesznymi pomyłkami z obu stron. Chociaż wydawał się dość chłodny, był dobrym człowiekiem i polubiła jego markotną minę.
Niestety, Hiszpanie w obozie zaczęli padać na ospę a ci dostatecznie spostrzegawczy zauważyli ubytki w jedzeniu. Jej wybawca coraz częściej spóźniał się na spotkania. Pewnego dnia dotarł do jej kryjówki z dwójką tych bydlaków na ogonie. Gdy odjechał, by przekazać wieści o ospie do sąsiedniego obozu, pojmano ją wraz z rodzeństwem.
Skatowano ją i najstarszego z braci, średni uciekł, młodego zatrzymano i nie widziała go już nigdy więcej. Corrales zastał ją skuloną w najdalszym kącie namiotu kapitana, kurczowo wtuloną w zwłoki brata. Podczas gdy jej wybawca rzucił się do gardła dowódcy, ona zniknęła.
Biegła tak szybko, jak potrafiła, czując na czole ukochany żar słońca i ziemię pod bosymi stopami. Udała się prosto przed siebie i po wielu znojnych dniach natrafiła na oddział inkaskich wojowników. Szczęście się do niej uśmiechnęło powtórnie.
Zawarła kilkuletnie małżeństwo z jednym z żołnierzy. Przenosili się z miejsca na miejsce i cały czas miała nadzieję na ponowne spotkanie z konkwistadorem bądź odnalezienie braci. Nie wiedziała, że Corrales już dawno temu leżał na dnie oceanu, lecz przeczuwała, że nie spotka go już więcej. Miała dwójkę dzieci. Zmarła wcześnie, z powodu choroby. Przysięgła sobie, że spłaci dług życia, jaki zaciągnęła u konkwistadora – dlatego los dał jej drugą szansę.

Część I: 
Nie odnalazła brata.
Nie spłaciła długu.

IV

 
Cheyenne Celine Abbott
Zawsze obawiała się ognia, odkąd pamięcią sięgnąć. Bała się gazu, bała się zapalniczek, bała się wszelkich wysokich temperatur, nawet piecyka. Jako dziecko raz upuściła palnik w kuchni, w gospodarstwie rodziców, przez co zasłony zajęły się ogniem. Pożar udało się opanować, lecz kuchnia jeszcze długo pachniała dymem i spaloną farbą.
Z czasem strach osłabł, jak to bywa ze wszystkimi dziecinnymi urojeniami, niemniej zostało jej poczucie wstydu za własne dziurawe ręce. Potem, z biegiem czasu, starała się być odważna, wręcz brawurowa, silna, niezależna - dobrze jej to wychodziło, ale zawsze wolała mieć przy sobie kogoś, kim mogłaby się podeprzeć. Kogoś, za kim mogłaby się skryć.
Wyrosła na trochę kruchą w środku, za bardzo szorstką z wierzchu. Na konkretną, terminową kobietę, która nawet koniec świata musi mieć zapisany w grafiku (wciśnięty gdzieś pomiędzy lekcjami hiszpańskiego, spotkaniami klubiku czytelniczego a taekwondo). Na czytelniczkę literatury wszelakiej, byleby czytać – choćby i przewodnik turystyczny po odległym Paryżu. Na wojowniczkę, przede wszystkim bardzo żywiołowo reagującą na każdą próbę przekroczenia własnej sfery osobistej bez wyraźnego pozwolenia (klnie jak szewc, uderza niby ninja - nad wyraz celnie). I, w końcu, na nałogową palaczkę, uważnie obserwującą każdy niewielki płomyk zapalniczki, którym zapala papierosa.

II



Marguerite "Cerda" Rangel, 1768-1792r.

Była dwudziestodwuletnią hiszpańską starą panną, pracującą w odkrytej, portowej tawernie ojca, kiedy zjawił się On. Wielki jak dąb, dość młody, wyglądał jak Anglik z mocno ogorzałą skórą. Okazał się marynarzem, ba, posiadał własny statek!  Miał klasę, od razu jej się spodobał, jak się później okazało, ze wzajemnością. Może gdzieś po trzeciej nocy w tawernie rozpoczęli niewinne pogawędki. Po siódmej łączyła ich miłość-po-wieki.
Ona spalona od opium, on przepity od rumu – tak wzięli ślub, szarżując krzywym chodem na przerażonego kapłana. Na porwanym wcześniej wozie prowadzonym przez zezowatego członka jego załogi, dojechali do brygu, nim wieść o bajecznej ceremonii dotarła do jej ojca i brata...
 Ach, cóż to był za statek! Takie oryginalne, mocne żagle, takie z niego biło bogactwo! W noc poślubną jeszcze nie wytrzeźwiała, a i dziura w pamięci była powodem regularnego zadziwienia/zawstydzenia kolejnych wcieleń. Ale największe było jej zaskoczenie, gdy obudziła się w pustej kajucie, której podłoga skrzypiała tak straszliwie, jakby piekło ją pogrzebało. Na kacu, czy też nie, była w szoku, gdy zobaczyła spróchniałe deski, smętnie postrzępione żagle i towarzyszy swego wybranka, to jest załogę świń i prostaków. Jej mąż na szczęście nawet po pobudce wyglądał jak wielki Anglik, z tym, że bez klasy – bo pirat i pijak.
No dobrze, jej sytuacja nie była aż tak zła. Po drugim miesiącu zniknął gdzieś jej przecudny, hiszpański akcent i zaczęła się wyrażać z germańską precyzją. To jest, uczyła się wulgaryzmów  od najlepszych. Po czwartym miesiącu mówiła tak subtelnie jak portowa dziwka, a jej urok osobisty wyparował do tarczy karaibskiego słońca. Zmieniła suknię na spodnie i przestała musztrować załogę pod damskie potrzeby.
Znała się trochę lepiej na kupiectwie i oszczędzaniu niż nietrzeźwiejący mąż, więc raz na jakiś czas, gdy schodzili na ląd, targowała się z kupcami. W niedługim czasie bryg, za kradziony na potęgę cukier, otrzymał lepsze żagle, ster i amunicję. Przechrzczono go na Margueritę, ku jej dumie. Poza tym? Próbowała czasami cucić męża, ale alkohol zawsze był dla niego pierwszą damą. Sfrustrowana parę razy zdradziła z piracką bracią i zaczął tracić cierpliwość.
Pewnego dnia, z trzy-cztery lata po ślubie, wysadził ją grzecznie w osłoniętej przed światem, karaibskiej zatoczce, w małym porcie z ograniczoną liczbą ludności. Synonim nudy. Kazano jej porozmawiać z tamtejszym nadzorcą, który miał ponoć do zaproponowania korzystniejsze ceny prowiantu. Jakie było jej zdziwienie, gdy odkryła, że w tawernie czekała na nią znienawidzona szwagierka, a bryg odbił od brzegu. Bez niej! Brat przybył do portu na statku kupieckim i załamał się po raz drugi, widząc jak zbrzydła jego siostra. Wiedząc, że rodzice nigdy jej nie wybaczą (uznali, że jest martwa), dał jej trochę pieniędzy na utrzymanie i nakazał zakupienie gospodarstwa, po czym odszedł. Do końca życia jednak utrzymywali listowny kontakt.
A co do gospodarstwa, była to właściwie niewielka, niewygodna posesja. Postanowiła poczekać aż jej ukochany mąż (bądź chociaż jeden z towarzyszy łóżkowych) zainteresuje się jej losem. Tęskniła za morzem. Może nawet trochę za ojcowską tawerną.
Zginęła w pożarze, iskra z domowego pieca zapaliła drewniane krzesło. Spała na piętrze, dym ją uśpił, a płomienie objęły ciało. Krótko przed śmiercią śniła regularne koszmary o dawnym życiu na łonie przyrody. Uświadomiła sobie, że tym razem obdarzyła inkaskim sentymentem niezgłębiony ocean, a pomimo tego, że nie spotkała na swojej drodze konkwistadora, ta tęsknota choć trochę ją do niego zbliżyła – w końcu przebył ogrom oceanu, by odnaleźć El Dorado. Może dlatego jej duch wybrał na nowe życie hiszpańskie wybrzeża? Może los dał jej szansę tylko po to, by zrozumiała o czym niegdyś opowiadał i o czym mówili jego dowódcy? I zrozumiała. I zatęskniła raz jeszcze.


Część II:
Nie pogodziła się z rodziną.
Nie spłaciła długu.