sobota, 1 lutego 2014

IV

 
Cheyenne Celine Abbott
Zawsze obawiała się ognia, odkąd pamięcią sięgnąć. Bała się gazu, bała się zapalniczek, bała się wszelkich wysokich temperatur, nawet piecyka. Jako dziecko raz upuściła palnik w kuchni, w gospodarstwie rodziców, przez co zasłony zajęły się ogniem. Pożar udało się opanować, lecz kuchnia jeszcze długo pachniała dymem i spaloną farbą.
Z czasem strach osłabł, jak to bywa ze wszystkimi dziecinnymi urojeniami, niemniej zostało jej poczucie wstydu za własne dziurawe ręce. Potem, z biegiem czasu, starała się być odważna, wręcz brawurowa, silna, niezależna - dobrze jej to wychodziło, ale zawsze wolała mieć przy sobie kogoś, kim mogłaby się podeprzeć. Kogoś, za kim mogłaby się skryć.
Wyrosła na trochę kruchą w środku, za bardzo szorstką z wierzchu. Na konkretną, terminową kobietę, która nawet koniec świata musi mieć zapisany w grafiku (wciśnięty gdzieś pomiędzy lekcjami hiszpańskiego, spotkaniami klubiku czytelniczego a taekwondo). Na czytelniczkę literatury wszelakiej, byleby czytać – choćby i przewodnik turystyczny po odległym Paryżu. Na wojowniczkę, przede wszystkim bardzo żywiołowo reagującą na każdą próbę przekroczenia własnej sfery osobistej bez wyraźnego pozwolenia (klnie jak szewc, uderza niby ninja - nad wyraz celnie). I, w końcu, na nałogową palaczkę, uważnie obserwującą każdy niewielki płomyk zapalniczki, którym zapala papierosa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz