sobota, 1 lutego 2014

II



Marguerite "Cerda" Rangel, 1768-1792r.

Była dwudziestodwuletnią hiszpańską starą panną, pracującą w odkrytej, portowej tawernie ojca, kiedy zjawił się On. Wielki jak dąb, dość młody, wyglądał jak Anglik z mocno ogorzałą skórą. Okazał się marynarzem, ba, posiadał własny statek!  Miał klasę, od razu jej się spodobał, jak się później okazało, ze wzajemnością. Może gdzieś po trzeciej nocy w tawernie rozpoczęli niewinne pogawędki. Po siódmej łączyła ich miłość-po-wieki.
Ona spalona od opium, on przepity od rumu – tak wzięli ślub, szarżując krzywym chodem na przerażonego kapłana. Na porwanym wcześniej wozie prowadzonym przez zezowatego członka jego załogi, dojechali do brygu, nim wieść o bajecznej ceremonii dotarła do jej ojca i brata...
 Ach, cóż to był za statek! Takie oryginalne, mocne żagle, takie z niego biło bogactwo! W noc poślubną jeszcze nie wytrzeźwiała, a i dziura w pamięci była powodem regularnego zadziwienia/zawstydzenia kolejnych wcieleń. Ale największe było jej zaskoczenie, gdy obudziła się w pustej kajucie, której podłoga skrzypiała tak straszliwie, jakby piekło ją pogrzebało. Na kacu, czy też nie, była w szoku, gdy zobaczyła spróchniałe deski, smętnie postrzępione żagle i towarzyszy swego wybranka, to jest załogę świń i prostaków. Jej mąż na szczęście nawet po pobudce wyglądał jak wielki Anglik, z tym, że bez klasy – bo pirat i pijak.
No dobrze, jej sytuacja nie była aż tak zła. Po drugim miesiącu zniknął gdzieś jej przecudny, hiszpański akcent i zaczęła się wyrażać z germańską precyzją. To jest, uczyła się wulgaryzmów  od najlepszych. Po czwartym miesiącu mówiła tak subtelnie jak portowa dziwka, a jej urok osobisty wyparował do tarczy karaibskiego słońca. Zmieniła suknię na spodnie i przestała musztrować załogę pod damskie potrzeby.
Znała się trochę lepiej na kupiectwie i oszczędzaniu niż nietrzeźwiejący mąż, więc raz na jakiś czas, gdy schodzili na ląd, targowała się z kupcami. W niedługim czasie bryg, za kradziony na potęgę cukier, otrzymał lepsze żagle, ster i amunicję. Przechrzczono go na Margueritę, ku jej dumie. Poza tym? Próbowała czasami cucić męża, ale alkohol zawsze był dla niego pierwszą damą. Sfrustrowana parę razy zdradziła z piracką bracią i zaczął tracić cierpliwość.
Pewnego dnia, z trzy-cztery lata po ślubie, wysadził ją grzecznie w osłoniętej przed światem, karaibskiej zatoczce, w małym porcie z ograniczoną liczbą ludności. Synonim nudy. Kazano jej porozmawiać z tamtejszym nadzorcą, który miał ponoć do zaproponowania korzystniejsze ceny prowiantu. Jakie było jej zdziwienie, gdy odkryła, że w tawernie czekała na nią znienawidzona szwagierka, a bryg odbił od brzegu. Bez niej! Brat przybył do portu na statku kupieckim i załamał się po raz drugi, widząc jak zbrzydła jego siostra. Wiedząc, że rodzice nigdy jej nie wybaczą (uznali, że jest martwa), dał jej trochę pieniędzy na utrzymanie i nakazał zakupienie gospodarstwa, po czym odszedł. Do końca życia jednak utrzymywali listowny kontakt.
A co do gospodarstwa, była to właściwie niewielka, niewygodna posesja. Postanowiła poczekać aż jej ukochany mąż (bądź chociaż jeden z towarzyszy łóżkowych) zainteresuje się jej losem. Tęskniła za morzem. Może nawet trochę za ojcowską tawerną.
Zginęła w pożarze, iskra z domowego pieca zapaliła drewniane krzesło. Spała na piętrze, dym ją uśpił, a płomienie objęły ciało. Krótko przed śmiercią śniła regularne koszmary o dawnym życiu na łonie przyrody. Uświadomiła sobie, że tym razem obdarzyła inkaskim sentymentem niezgłębiony ocean, a pomimo tego, że nie spotkała na swojej drodze konkwistadora, ta tęsknota choć trochę ją do niego zbliżyła – w końcu przebył ogrom oceanu, by odnaleźć El Dorado. Może dlatego jej duch wybrał na nowe życie hiszpańskie wybrzeża? Może los dał jej szansę tylko po to, by zrozumiała o czym niegdyś opowiadał i o czym mówili jego dowódcy? I zrozumiała. I zatęskniła raz jeszcze.


Część II:
Nie pogodziła się z rodziną.
Nie spłaciła długu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz